Kiedy tylko mogę, wsłuchuję się i wpatruję w osobliwość materii, nie stosując zresztą podziału na ożywioną i nieożywioną. W obu jej postaciach dostrzegam tak życie z jego zmiennością, jak i śmierć w swoim zastyganiu, rozpadzie. Szczególnie w formach zmęczonych, schyłkowych, zmarnowanych. Opisuję dziczejące jabłonie, przetarte prześcieradła, marszczącą się skórę, odmawiające posłuszeństwa ciała, umysły tracące sprawność narzędzi poznania. Także niszczejące domy, przedmioty, których funkcje i nazwy znikają, zdarzenia, które nie wiadomo, czy były takie, czy może inne. Pozwalam im płynąć poprzez słowa, aby znalazły właściwy sobie kształt. Wydają mi się piękne, wzruszające. Wcale nie brzydkie czy smutne. Niczego nie udają. Nikomu nie przyjdzie do głowy poddawanie ich jakimś rygorom. W tym nieco kalekim stanie są blisko siebie: ludzie, ptaki, rośliny, kamienie, dzianie się i przemijanie. Nie rozgraniczam też ostro dawnego i obecnego. Po co? Wspomnienia i opowieści o minionym są sposobem przyglądania się teraźniejszości, ona z kolei pozwala inaczej układać niegdysiejsze zdarzenia i myśli. Zresztą są tym samym strumieniem istnienia. Tak jest w esejach zebranych w tej książce. Przypominam sobie w nich bywanie w różnych zakamarkach rzeczywistości, próbuję nazywać przeżycia i przedmioty, a potem pozwalam im zniknąć, co jest, jak mi się zdaje, naturalnym etapem metempsychozy materii i ducha.

