Marek Edelman opowiadał Zagładę wielokrotnie, na najróżniejsze sposoby, przy różnych okazjach, w różnych konfiguracjach, przed mniejszą lub większą widownią, ale w żadnej swojej opowieści nie tylko sam nie kreował się na bohatera, ale też nie zgadzał się, by obsadzano go w tej roli. Patos, egzaltacja, martyrologia, kombatanctwo – to wszystko było mu obce. Jego narracja była z założenia antyheroiczna.
***
Nie wątpię, że Marek – nie wiem, czy i na ile świadomie – starał się nadać jakiś kształt i formę swojemu doświadczeniu Zagłady, próbował skonstruować coś w rodzaju narracyjnej ramy. Pod koniec życia jego obsesją stała się opowieść o miłości i chwilach szczęścia, jakie można było przeżyć nawet w piekle, jakim było getto w czasie Wielkiej Akcji i powstania.
Joanna Szczęsna, Narracje Marka Edelmana

