Okruchy większej całości

34,00 

ILOŚĆ SZTUK
Kategoria:
Bogdan Frymorgen (1962) – kurator i wydawca, autor albumów fotograficznych i wystaw, studiował anglistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Przez dwadzieścia cztery lata pracował dla Serwisu Światowego BBC. Mieszka w Londynie, jest korespondentem radia RMF FM. Współpracuje z wieloma instytucjami kulturalnymi w Polsce. Członek Związku Polskich Artystów Fotografików i rady nadzorczej Żydowskiego Muzeum Galicja w Krakowie.

Okruchy większej całości są podróżą w krainie pamięci naznaczonej psychiczną chorobą ojca i matczynym sklejaniem rodziny. Wchodzimy w labirynt malowany emocjami dziecka, ale naszym przewodnikiem jest dojrzały mężczyzna. Frymorgen emigruje w przeszłość z fotograficzną precyzją. Odwiedza wiejski krajobraz PRL-u eksponując w kadrze jego obrazy, zapachy i dźwięki. Nie poleruje wspomnień. Zachowuje proste, lakoniczne pióro. To jego debiut literacki. Zawodowo od lat zajmuje się dziennikarstwem. Jest brytyjskim korespondentem radia RMF FM. Jak podkreśla autor, do pisania skłoniła go pandemia, a zainspirowała psychoanaliza jungowska, której poddał się w dorosłym wieku. Z krótkich miniatur wyłania się celebracja życia. Z wdzięcznością miesza się szorstka ocena przeszłości. Frymorgen zaznacza w tekście, że pamięć nie jest bliźniaczą siostrą prawdy. „Okruchy” są bardzo subiektywnym śladem pozostawionym na własnym kawałku ziemi. A może uniwersalnym świadectwem człowieka?

 

RECENZJE

Książka Bogdana Frymorgena to nie jest dla mnie literatura pierwszego wyboru – pozornie autobiograficzny zbiór opowiadań utkanych na kanwie wspomnień z dzieciństwa i dorastania jest czymś, czego unikam. Już dawno temu przekonałem się, że nie ma co się zmuszać do niektórych gatunków, form pisania czy tematów. I dlatego na przykład prawie w ogóle nie czytam książek o Stanach Zjednoczonych, bo specjalistów i specjalistek “od Ameryki” to mamy pod dostatkiem, a żeby coś więcej móc powiedzieć o tym kraju musiałbym poświęcić dużo więcej czasu niż mi w życiu zostało. Podobnie mam z większością opowieści mężczyzn wspominających własne życie. Może też dlatego, że bardzo rzadko spotykamy się w tej opowieści – jednak nienormatywne doświadczenie w dzieciństwie jest zupełnie inne.
Tu jednak zachęcony do lektury faktem, że książkę wydała Austeria, a więc wydawca, któremu ufam, zajrzałem i ku własnemu zdumieniu zobaczyłem, że choć to są opowieści zupełnie nie z mojej bajki, to są one napisane wspaniałym językiem, który choć momentami wydaje się już niedzisiejszy, nadmiernie ilustracyjny, ornamentalny, to jest czymś używanym z bardzo dużym rozmysłem. Nie trudno wyczuć, że autor słowa kokietuje, dobiera, ustawia w szeregu krótkich, rytmicznych zdań, a opowiadanie jest dla niego budowaniem obrazów. Frymorgen większość opowiadań zaczyna właśnie od obrazów, scen, fotografii, świata przyłapanego na dzianiu się. A świat ten to wieś, którą niedługo wchłonie większe miasto, to ojciec z chorobą dwubiegunową, matka próbująca ochronić dzieci, ale też nie mająca narzędzi, którymi może by jej to lepiej poszło i dzieci – w tym narrator, porte parole autora.
Zbiór opowieści układających się w większą całość, o czym przypomina nam tytuł to dla mnie historia “małych zwierzątek”, dzieciaków, które same muszą zdobywać świat, pozbawione w wielu momentach rodzicielskiego wsparcia, radzące sobie z emocjami na swój własny sposób, często uciekając się do przemocy. Takich trochę bardziej jak z Władcy much Goldinga, niż z Dzieci Północy Rushdiego. Jest tu scena, w której dzieci na tydzień przed pierwszą komunią zaciągają do kościoła i księdza niechodząca na religię koleżankę. Wloką przez wieś pomagając jej osiągnąć zbawienie. Nie niepokojeni przez nikogo. I nie przywołani do porządku przez księdza, który zachwycony pojawieniem się nowej duszyczki, wygłasza katechezę. Sporo tu takiej ludycznej religijności i związanej z nią przemocy.
To też opowieści o ojcu-magiku, który w maniakalnej fazie swojej choroby był Einsteinem, twórcą wspaniałych światów, opowiadaczem, cyrkowcem. Pozbawiona retuszu opowieść Frymorgena z pewnością będzie ważna dla wszystkich, którzy na co dzień doświadczają lub doświadczali życia z osobami dwubiegunowymi, a dla nas wszystkich jest okazją do poznania innego świata. Frymorgen, co jest mi chyba najbliższe, nie oskarża tu nikogo, nie oskarża rodziców za zniszczenie dzieciństwa, nie oskarża samego dzieciństwa o przyszłe życie, co wcale nie oznacza, że je mitologizuje przesadnie. Autor znajduje umiar, choć jest to opowieść, która mogłaby tego umiaru być pozbawiona, bo tak przeważnie jest w prywatnych wspomnieniach przerabianych na fikcję.
Choć klasyczna w układzie, niczego nie burząca i nie mierząca się z niczym, poza własną pamięcią i szczerością w opowieści, jest to książka napisana z empatia wobec świata, miłością wobec bliskich, ale dzięki umiejętnościom językowym nie popadająca w mdły kicz. Ważny jest tu szczegół, Barthesowskie “punctum” decydujące, że zapamiętujemy ten obraz, a nie inny i że to on staje się dla nas prywatny i ważny. Polecam, jeśli chcecie się zagłębić w czyjeś przeżywanie świata, które coś o nas mówi, ale nie wymaga od nas, byśmy wszystko zrozumieli. Bo to książka osobista i są w niej bardzo osobiste kody (jak powiązania między historiami i fotografiami), niekoniecznie czytelne i zauważalne na pierwszy rzut oka.
Frymorgena trudno nazwać “debiutantem”, choć w kategorii prozy z pewnością nim jest. To ciekawa, osobista książka, która może być ekscesem w artystycznych działaniach autora, a może zwiastować kolejne, bardziej już może fikcjonalne dzieła. Kibicuję, bo Frymorgen ma oko i język, pytanie czy potrafi – i czy będzie chciał – zbudować inny świat, niż ten, który powidokami odkłada mu się w głowie od dzieciństwa.
Zajrzyjcie chociaż, warto.

Wojciech Szot

 

Żeby tak opowiadać, trzeba umieć dostrzegać i słuchać. Te krótkie, literackie formy mają magiczny dar przyciągania. Kiedy je czytam, wzruszam się i wstydzę, bo gdy trzeba było słuchać opowieści dziadków, naiwnie poprawiałem świat. Teraz, gdy jest za późno, zostaje mi Frymorgen, jak brat wychowany pod tym samym dachem, ale bardziej tkliwy, pełen troski i uwagi, skupiony na obrazie i słowie. Dzięki takiej literaturze wracam do siebie.

Jan Wołek

Napisane własnym głosem, bezwstydnie, jak dziecko, które sika pod krzakiem. Jest filmowo, momentami barokowo i hiperbolicznie. Czasami prostolinijnie, wręcz siermiężnie. Intensywność takiej prozy mogłaby męczyć, ale nie męczy, bo jest prawdziwa. Te miniatury są jak jazda na rowerze bez hamulców. Człowiek ogłuszony ląduje w rowie, gdzie musi trochę poleżeć w ciszy, żeby dojść do siebie.

Ewa Pohl

 

Różne oblicza domu — miejsca na ziemi, zapamiętanego z czasów dzieciństwa horyzontu, czterech ścian, w których wydarzyły się rzeczy piękne i boleśnie trudne. W intymnej, rodzinnej opowieści Frymorgena każdy z czytelników odnajdzie fragmenty własnego życia. Wypełnionego chwilami radości i smutku. Jedynego, jakie nam dano.

Michał Nogaś

 

Zanim przeczytałem Okruchy, przypuszczałem, że każdy kiedyś wraca. Teraz wiem. KAŻDY. KIEDYŚ. WRACA. Frymorgen wraca wyprostowany, serdeczny i szczery. Posuwa się wstecz w sposób, który sprawia, że pamięć staje się mądrością, a powrotem jest wszystko to, co trwa. Piękna i poruszająca proza.

Paweł Potoroczyn

 

Skrawki najważniejszego.
Proza autobiograficzna Bogdana Frymorgena to ciekawy przykład wykorzystania fragmentów własnej biografii do zbudowania opowieści o dużo większej sile oddziaływania niż tylko prywatne świadectwo. Mamy tu do czynienia z bardzo świadomym posługiwaniem się słowem – jest tak potrzebna oszczędność, ale nie kłóci się ona z emocjonalnością niektórych opisów, jest miejscami dosadność, ale i współtowarzysząca troska o siebie i bliskich w tym portrecie sprzed lat, jest umiejętność zbudowania krótkich, kompozycyjnie spójnych portretów z codzienności, jest też sygnalizowanie w nich drobnych odniesień, dzięki którym uzyskiwana jest ciągłość, a pozornie niepowiązane ze sobą skrawki wspomnień stają się dowodem poszukiwania najważniejszego tam, gdzie zwykle dominuje przede wszystkim zwyczajność. Warto także docenić fakt ponownego zaistnienia tych opowieści. Czytelnicy mogli je wcześniej poznawać na profilu facebookowym autora. Żywe reakcje, emocjonalne wpisy, chęć skupienia się w miejscu, które raczej zdeterminowane jest przez szybkość zerknięcia i poznania to ewidentne dowody tego pierwszego zdanego egzaminu na umiejętność opowiadania. W wersji książkowej możemy mówić o wybrzmieniu sztuki opowiadania w innym kontekście. Frymorgen jest nie tylko wrażliwym i uważnym rejestratorem chwil istotnych dla własnej rodziny, staje się również kronikarzem świata, którego już nie ma. Kiedy więc czytamy chociażby o cygańskich taborach lub objazdowym kinie, otrzymujemy obrazy rzeczywistości zapamiętanej i utrwalonej jak na fotografii. Ta metafora nie jest zresztą przypadkowa, Frymorgen to przecież także autor znakomitych zdjęć. „Okruchy większej całości” to notatki z zapamiętywania dzieciństwa i dorastania – mocne, czułe, ale nie czułostkowe, portrety rodziców i brata współistnieją na kartach tej książki z obrazami inicjacji: w świadomość choroby (depresja maniakalna ojca), w gotowość bycia z kimś mimo wszystko i wbrew wszystkiemu (matka, która nie odwraca się ojca), w doświadczenie śmierci (patrzenie na śmierć zwierzęcia), w brutalność i okrucieństwo (zabicie psa przez wujka czy znęcanie się kolegów na koloniach). Warto zwrócić uwagę jak dojrzale zostają tutaj opowiedziane przedmioty. To dzięki nim otrzymujemy historie w klimacie przypowieści, a rzecz zamienia się nie tyle w symbol jakiegoś zachowania, co raczej staje się czymś, co poświadcza wagę relacji z drugim człowiekiem. Tak jest chociażby w przypadku banana, który jako owoc egzotyczny staje się ważną lekcją dobra i bezinteresowności, tak jest z szachami, dzięki którym bycie z ojcem i szacunek dla wyborów drugiej osoby zamieniają się w ślad nie do wymazania, tak jest z mandoliną, która przypomina o braku i odrzuceniu przez babkę, tak jest z paczką papierosów Camel, która przywołuje chwilę doświadczenia sensu, ale i cierpienie oraz upokorzenie. Bardzo dobry debiut, proszę go nie przeoczyć.

Bernadetta Darska

 

Właśnie skończyłem czytać tę książkę. Piszę więc na świeżo, póki wszystko jeszcze gorące, póki ciepło w sercu. Bo jest to książka pisana sercem, odsłoniętymi nerwami, miejscami zdartą do kości raną.
Zacznę jednak od chłodnej konstatacji. Moją pierwszą refleksją już po kilku pierwszych rozdziałach była myśl o pewnych podobieństwach opisywanego przez autora świata do wcześniejszych moich lektur, niektórych sprzed wielu lat. No więc na pewno Hrabal z jego przewijającymi się przez całą twórczość wspomnieniami z dzieciństwa w Nymburku, czyli słodko gorzkie wspomnienia z dziecięcych lat. No i Frank McCourt i jego Prochy Angeli o irlandzkim dorastaniu w mieście o dźwięcznej nazwie Limerick, gdzie życie małego Franka raczej nie dało się opisać dowcipnymi limerykami. Może porównania trochę na wyrost, ale w przypadku książki Bogdana Frymorgena, bo o jego debiucie prozatorskim tutaj będzie mowa, mam ten przywilej, że znam osobiście autora, a akurat takie znajomości bardzo sobie cenię. Znać autora i jego książki to gratka niebywała, bo to co się czyta można skonfrontować z żywym człowiekiem. Książka daje wgląd we wnętrze autora, nieważne jak bardzo by się on za swoimi słowami ukrywał. A tutaj dodatkowo mamy wszystko jak na dłoni, życie i świat Bogdana Frymorgena. Odkryte, ale tylko pozornie.
Towarzyszymy autorowi w jego drodze życiowej od wczesnego dzieciństwa. Jest to los naznaczony chorobą ojca, depresją maniakalną, zwaną również chorobą afektywną dwubiegunową. Autor opisuje wydarzenia, analizując je umysłem dorosłego człowieka, jest sędzią surowym acz litościwym. Będąc ojcem dorosłych synów, a jak wieść niesie nawet już dziadkiem, patrzy na świat swojej przeszłości wczuwając się w role swoich rodziców, dziadków, brata, sąsiadów, kolegów ze szkoły, nauczycieli i, to jest dość mocno w narracji podkreślone, kościoła i księży. Widzimy świat, przekładając na dzisiejsze standardy, nieprzyjazny a nawet chwilami okrutny, ale z drugiej strony pełen ciepła i miłości. Świat dla współczesnych młodych ludzi egzotyczny i pewnie w sporej części niezrozumiały.
Jesteśmy z Bogdanem Frymorgenem prawie rówieśnikami, wyrastaliśmy obaj w małomiasteczkowych prowincjonalnych środowiskach, część doświadczeń życiowych mamy bardzo podobnych. Na szczęście dla mnie tylko część, bo nie dotknęły mnie egzystencjalne traumy, o których pisze autor. Mimo tego doskonale rozumiem klimat tamtego świata, pamiętam jego zapach, potrafię wczuć się w sytuację tego trochę innego chłopca, który w końcowym efekcie pokonał wszystkie trudności życiowe, jest człowiekiem radosnym, z otwartą przyłbicą patrzącym w swoją przeszłość i przyszłość. Dlatego czytam tę książkę w sporej części jako opowieść również o moim doświadczeniu życiowym. Wymieniane w tekście nazwiska różnych autorów czy kompozytorów, tytuły utworów, nazwy grup muzycznych czy różnego rodzaju produktów spożywczych łącznie z alkoholami, łączą się w mojej głowie z konkretnymi dźwiękami, słowami, smakami i zapachami. Nie muszę niczego sprawdzać w Wikipedii, żeby wiedzieć o co chodzi. To jest naprawdę wielki luksus i przyjemność. I pewnie nie tylko ja jeden jestem w stanie tak odczytywać tę książkę, bo mówi ona o doświadczeniu sporej części naszego pokolenia.
Bogdan Frymorgen jest również fotografem, jego dotychczasowe publikacje, a jest ich już kilka, to książki fotograficzne. I o fotografii jest w jego nowej książce sporo uwag. O jego metodzie fotografowania z zamkniętymi oczami, bo wtedy jest w stanie lepiej przeżyć podniosłą chwilę narodzin zdjęcia. O tym że fotografia to dla niego część życia, czasami trochę zaniedbywana, ale zawsze obecna. Pewnie przez to bardzo fotograficzna jest konstrukcja jego obecnej książki.
Widzimy wiele pojedynczych obrazów w formie krótkich rozdziałów. To jak zdjęcia w albumie rodzinnym pokazujące te same osoby w coraz to nowych układach kompozycji, światła, przysłony i czasu. Często światło jest mocne i wali fleszem prosto w oczy. Kiedy indziej światło łagodne i litościwie miękkie. Głębia ostrości od najbliższego elementu kadru aż po sam horyzont albo wydobycie jakiegoś szczegółu z małej przestrzeni ostrości. Gra czasem naświetlania ukazującym jeden moment albo narracja przebiegającej przez lata.
Jednak główne postaci opowieści, jak na przykład ojciec autora, zostały sfotografowane zupełnie inną, bardziej skomplikowaną metodą; metodą mikrobłysków pamięci. Frymorgen ukazuje nam ojca wielokrotnie jakby na nowo, a dopiero po tym wielokrotnym naświetleniu rozpoznajemy jego pełen obraz, dodając sobie kawałek po kawałku. Tak jak kawałek po kawałku dodajemy do siebie okruchy, żeby uzyskać obraz życia autora, w którym akcenty porozrzucał los, a on tylko w niektórych miejscach rzucił na to trochę światła.
Ostatnie rozdziały to jakby podsumowanie stanu na dzisiaj. Kim jest Bogdan Frymorgen we własnym mniemaniu, czym jest jego życie, w którym miejscu stoi, co jest dla niego ważne. Tekst pisany prozą, ale bardzo poetycki, pełen dygresji i wymagający skupienia, jeżeli nie chce się zgubić narracji. Autor zastanawia się na przykład, kim będzie w pamięci przyszłych pokoleń. Tutaj cytat: „ Ciekawe, jakim mnie zapamiętają. Bardzo możliwe, że złożą mnie z klocków, o których istnienia nie mam pojęcia. To nie będą jakieś wielkie pomniki, raczej ulotne chwile. Zachowane zostaną słowa i uczynki, te dobre i złe, żeby było sprawiedliwie”.
Bogdanie, takie teksty pisze się na łożu śmierci, tak jak Mozart pisał swoje Requiem. Myślę, że trochę się pośpieszyłeś. Życzę Ci jeszcze wielu lat i następnych tomów wspomnień, w którym zagoszczą na przykład Twoje wnuki. Bo pierwszy tom to na razie tylko Okruchy większej całości. A w tych następnych tomach z największą przyjemnością ponownie się odnajdę. Tak więc czekam!

Leszek Górski

 

Co wydarzyło się naprawdę, a co pomiędzy biegunami choroby?
“Dwubiegunowość jest specyficzną chorobą. Ludzie na przemian fruwają ze szczęścia lub popadają w depresję. Taki był ojciec. W zasadzie miałem ich dwóch – jeden przez dziesięć miesięcy w roku wstawał do pracy i wracał po południu. (…) No i ten drugi – szalony. Raptem stawał się magikiem i wynalazcą. Docierał do domu nad ranem, bo na cmentarzu rozmawiał z duchami (…) Ten pierwszy był nudny. Ten drugi podłączony do prądu. Obaj byli wspaniali.”
“Chorował na tajemniczą chorobę, której nazwy matka odmieniała przez wszystkie przypadki: dwubiegunowość, cyklofrenia, czy depresja maniakalna. Sąsiedzi byli już mniej precyzyjni. Nazwali ojca po prostu wariatem.”
– pisze na wstępie Bogdan Frymorgen w swoim prozatorskim debiucie i dodaje:
“Na wsi były dwa tematy tabu. Rozwód i wariat w rodzinie”.
*
W tym wspomnieniu poznajemy rytuały, obrzędy i rytm zdarzeń zapamiętanych przez chłopca, niesiony następnie w dorosłość, ojcostwo, w miłość. Jest w tej prozie pisanej bezpośrednim, otwartym tekstem, ten rodzaj tajemnicy, który obfituje w przeczucie, w mistyczność, którą być może w dzieciństwie autora był tajemniczy świat, rozciągający się za młynem w jego rodzinnej wsi, a później stał się nią sposób patrzenia na rzeczywistość, w której wszystko wydaje się sztafetą następujących po sobie pokoleń.
Jest u Frymorgena ciągłość, która daje wytchnienie. Po którą sięga się jak po spokój. Nad całością unosi się duch “utraty”, a stąd już tylko jeden krok do melancholii. Wszystko na wskroś przeniknięte jest ojcem, który na przemian “bywał szaleńcem lub mędrcem”. Nad wszystkim natomiast czuwa matka, która postanowiła przy nim wytrwać. W języku obsesyjnie powraca symbolika religijna, chrześcijańska, jeżeli nie wprost katolicka, chociaż o Kościele Frymorgen ma niewiele dobrego do powodzenia. Jednak z jakiegoś powodu jest w tej narracji pewien rodzaj religijności. Być może pozbawionej osobowego Boga, jako punktu odniesienia, ale z całą pewnością autor ustala w tej opowieści “świętości” funkcjonujące w tych wspomnieniach, bez których ten świat rozsypałby się w proch.
Frymorgen fotografuje uważnie i nie używa filtrów. W jego “obiektywie” rzeczy odarte są z pozorów, nazwane są po imieniu, tak jakby autor postanowił obnażyć się ostatecznie. Nie ma u Frymorgena kreacji, która często pojawia się w narracjach autobiograficznych. Są w tej prozie słabsze fragmenty, które przytrafiają się autorów, tym bardziej są one możliwe u debiutantów. Jednocześnie obok tych fragmentów znajdują się inne, absolutnie wyjątkowe, których Frymorgenowi mógłby pozazdrościć wytrawny prozaik dekady po debiucie.
Frymorgen, po prostu, postanowił napisać o wszystkim, nawet jeśli coś miałoby wydawać się zbędne, niepotrzebne czy przegadane. Okruchy… są zapisem pracy pamięci. A pamięć to często obsesyjnie powracające motywy, obrazy i słowa. U Frymorgena nie ma miejsca na udawanie czegokolwiek. W tym sensie słabsze miejsca tej prozy, mogą stać się jej siłą i zamienić się w wartość dodaną lub po prostu stać się pamięcią.
“Pamięć jest pajęczyną zdarzeń” – pisze Bogdan Frymorgen – “Ma swoje napięcie i natężenie. Jest jak delikatna sieć, którą zarzuca życie, a my wpływamy do niej bez zanęty. Nie należy jednak mylić pamięci z prawdą. To nie są synonimy. I właśnie w tej przestrzeni – pomiędzy – czuję się najlepiej.”
Frymorgen zaprasza nas do bycia “pomiędzy”. To interesujące miejsce. Uprośćmy siebie w kadrze. Uporządkujmy. Bądźmy, jak chce Frymorgen, zlepkiem kilku światłocieni, bądźmy czytelni. Pamięć jest dla nas tym, czym fotografia dla światła. Dzięki niej może być jaśniej tam, gdzie wdarła się ciemność. Może istnieć to, czego miało nie być.
*
Okruchy większej całości to również studium choroby – depresji maniakalnej. Studium pisane językiem dalekim od intelektualnego zdumienia, notowane trochę “przy okazji”. Tak jakby to studium zostało napisane sercem.
I chociaż jest w tym sformułowaniu pewien patos, jest ono odpowiednie z uwagi na charakter tej prozy. Frymorgen bowiem porusza się wzdłuż wątłej granicy ckliwości prowadząc czytelnika przez swoje wspomnienia do miejsca, w którym większość z nas rozpada się na okruchy, z których zlepiona jest nasza własna przeszłość, z której zbudowane są nasze historie, w których przeglądamy się poznając opowieść Frymorgena. Ponieważ ta historia jest jak uderzenie ogromnej fali wzruszenia, którego w jakimś stopniu wstydzimy się, które może nas krępować, wytrącać z równowagi i strefy komfortu, jednocześnie nie potrafimy przestać iść w kierunku rozpadu, chcemy doświadczać tych drgań, tej wibracji, dzięki której jesteśmy zdolni do bycia wobec siebie uczciwi, jesteśmy gotowi stać się dziećmi, które na wszystko patrzą po raz pierwszy, jesteśmy gotowi cofnąć się do pierwszego wspomnienia. I być może o tę gotowość, tę odwagę pójścia za Frymorgenem – stajemy się lepsi mając za sobą lekturę Okruchów większej całości.

Marcin Zegadło

 

Tekstami Bogdana Frymorgena zachwycam się od czasu kiedy zaczął umieszczać je na swoim fanpage „Frymopisanie”. Bogdan pisze w sposób który przenosi mnie w specyficzną rzeczywistość. Jego, moją, a może jeszcze jakąś inną. Rzeczywistość delikatnych spostrzeżeń, magii spraw i rzeczy zwyczajnych, mocnych kontrastów i wielorakich perspektyw.
Bogdan pisze tak, że dusza chce więcej i więcej.
Kiedyś przeczytałem takie zdanie o sztuce:
„Sztuka jest.
Nie wiadomo jednak czym jest, a może kim?”
Słowa Bogdana Frymorgena to sztuka której lubi doświadczać głowa, serce i dusza. Bardzo Wam polecam.
Właśnie ukazała się jego pierwsza książka, która jest zbiorem tych pięknych tekstów.

Wojciech Jarczewski

 

Okruchy większej całości są podróżą w krainie pamięci naznaczonej psychiczną chorobą ojca i matczynym sklejaniem rodziny. Wchodzimy w labirynt malowany emocjami dziecka, ale naszym przewodnikiem jest dojrzały mężczyzna.
Frymorgen emigruje w przeszłość z fotograficzną precyzją. Odwiedza wiejski krajobraz PRL-u eksponując w kadrze jego obrazy, zapachy i dźwięki. Nie poleruje wspomnień. Zachowuje proste, lakoniczne pióro. To jego debiut literacki. Zawodowo od lat zajmuje się dziennikarstwem. Jest brytyjskim korespondentem radia RMF FM. Jak podkreśla autor, do pisania skłoniła go pandemia, a zainspirowała psychoanaliza jungowska, której poddał się w dorosłym wieku. Z krótkich miniatur wyłania się celebracja życia. Z wdzięcznością miesza się szorstka ocena przeszłości. Frymorgen zaznacza w tekście, że pamięć nie jest bliźniaczą siostrą prawdy. „Okruchy” są bardzo subiektywnym śladem pozostawionym na własnym kawałku ziemi. A może uniwersalnym świadectwem człowieka?

RMF Classic

Waga 0.6 kg
Wymiary 14.5 x 20.5 cm
Autor

Rok wydania

2021

ISBN

978-83-7866-343-0

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Ilość stron

224

Możesz lubić także…